Networking bez wciskania wizytówki. Jak budować relacje zawodowe, gdy nienawidzisz „sprzedawania się”

Networking bez wciskania wizytówki. Jak budować relacje zawodowe, gdy nienawidzisz „sprzedawania się”

Stoisz z kubkiem kawy w dłoni na branżowym śniadaniu. Osoba, którą widzisz pierwszy raz w życiu, już podaje Ci wizytówkę. W trzydzieści sekund opowiada, czym się zajmuje, dla kogo pracuje i dlaczego powinnyście współpracować. Ty w tym czasie zastanawiasz się, jak grzecznie się wycofać. Nie dlatego, że nie lubisz ludzi, tylko dlatego, że to nie jest rozmowa. To jest wciskanie wizytówki, o które nikt nie prosił.

Jeśli na hasło „networking” czujesz lekki skurcz żołądka, nie jesteś w tym sama. Od 2014 roku, kiedy prowadzę agencję Blue Brand, i wcześniej, przez blisko dwie dekady w network marketingu, widzę ten sam wzorzec u kobiet budujących markę osobistą. Świetnie radzą sobie z klientkami, a mimo to blokują się przy zwykłej rozmowie na evencie branżowym. Boją się wypaść jak ta osoba z wizytówką.

Problem nie leży w Tobie. Leży w definicji networkingu, którą ktoś Ci sprzedał. To przekonanie, że kontakty zawodowe buduje się przez wymianę danych, a nie przez relację. Pokażę Ci w tym artykule, dlaczego ta definicja jest błędna. Pokażę też, jak zamienić przymus sprzedawania się w coś, co chcesz robić.

W skrócie

  • Klasyczny networking, czyli wizytówki i wyćwiczony pitch, stawia transakcję przed relacją, dlatego czuje się fałszywie.
  • Prawdziwa sieć kontaktów działa jak konto bankowe: najpierw wpłacasz, potem możesz wypłacić.
  • Media społecznościowe to dziś poczekalnia przed każdym spotkaniem offline, więc obecność online zastępuje część pracy, którą kiedyś wykonywała wizytówka.
  • Strach przed „sprzedawaniem się” rzadko dotyczy sprzedaży. Częściej dotyczy przekonania, że proszenie o coś dla siebie jest niewłaściwe.

Dlaczego wizytówka nigdy nie buduje relacji

Ktoś kiedyś zdefiniował networking jako wymianę wizytówek w nadziei na przyszłą transakcję. Ta definicja utknęła nam w głowach na dobre. Efekt jest taki, że na każdej konferencji branżowej rozgrywa się ten sam dziwny taniec. Ludzie się uśmiechają, wymieniają kontakty, robią sobie zdjęcie do relacji na Instagramie. Potem połowa tych wizytówek ląduje w szufladzie i nigdy nie wraca do rozmowy.

Konsekwencje tego są konkretne, nie tylko wizerunkowe. Jeśli unikasz eventów branżowych, bo kojarzą Ci się z przymusowym sprzedawaniem siebie, tracisz dostęp do poleceń. W większości branż napędzają one sprzedaż skuteczniej niż jakakolwiek kampania reklamowa. Znam kobiety, które przez lata prowadziły dobry biznes online. Nigdy nie zbudowały sieci kontaktów offline, bo internet dawał złudzenie, że to wystarczy. W pewnym momencie ich rozwój się zatrzymał, bo wszystkie nisze, do których dotarły przez social media, zostały już wyczerpane.

Jest jeszcze koszt emocjonalny, o którym rzadko się mówi. Unikanie networkingu z powodu niechęci do sprzedawania się często oznacza coś więcej. W praktyce to unikanie proszenia o cokolwiek: o polecenie, o kontakt, o współpracę. Nigdy nie prosisz, więc nigdy też nie dostajesz, bo ludzie nie czytają w myślach.

Skąd bierze się ten opór

Opór przed networkingiem rzadko wynika z nielubienia ludzi. Znacznie częściej wynika z głęboko wpojonego przekonania, że proszenie o coś dla siebie jest niegrzeczne albo nachalne. Zwłaszcza jeśli wychowałaś się w przekonaniu, że skromność to cnota, a mówienie o swoich potrzebach to pycha. To przekonanie nie wzięło się znikąd i warto je nazwać, zanim zacznie blokować Ci kolejne relacje zawodowe. Rozkładam ten mechanizm szerzej w artykule o dziesięciu najczęstszych wymówkach powstrzymujących przed sprzedawaniem, bo networking i sprzedaż mają tu wspólny korzeń.

Jak działa konto bankowe relacji

Zamiast myśleć o networkingu jako o transakcji, pomyśl o nim jako o koncie bankowym. Każda rozmowa, każdy gest, każde polecenie to wpłata albo wypłata. Problem klasycznego networkingu polega na tym, że ludzie próbują wypłacić coś z konta, na którym nigdy nie zrobili wpłaty. Networking to nie automat z wizytówkami, tylko konto bankowe: najpierw wpłacasz, dopiero potem możesz wypłacić.

Wizytówka wręczona nieznajomej osobie to próba wypłaty z pustego konta. Dlatego czuje się fałszywie, i to po obu stronach.

Co liczy się jako wpłata

Wpłaty na konto relacji nie muszą być duże. Liczy się każdy gest, który pokazuje, że pamiętasz o drugiej osobie, niezależnie od tego, czy coś od niej potrzebujesz.

  • Polecenie kogoś, kto akurat szuka usługi, którą oferuje Twoja znajoma z branży.
  • Przemyślany komentarz pod czyimś postem, zamiast kolejnego serduszka.
  • Wiadomość w stylu „przeczytałam Twój artykuł i pomyślałam o Tobie, kiedy zobaczyłam ten materiał”.
  • Pytanie o to, jak komuś idzie konkretny projekt, o którym wspominała miesiąc temu.

Żaden z tych gestów nie kosztuje więcej niż kilka minut. Razem budują stan konta, z którego w przyszłości możesz bezpiecznie skorzystać, prosząc o coś dla siebie.

Dlaczego rozmowa działa lepiej niż pitch

Odwróćmy teraz pytanie, które zwykle zadajemy sobie przed eventem. Zamiast „jak się sprzedać, żeby ktoś chciał ze mną współpracować”, zapytaj „co chciałabym wiedzieć o tej osobie, gdybym miała tylko pięć minut”. To jedno przesunięcie zmienia całą dynamikę rozmowy. Zamiast wygłaszać przygotowaną formułkę o sobie, zadajesz pytanie. Zamiast czekać na swoją kolej, żeby zabłysnąć, słuchasz, co komuś naprawdę leży na sercu w jego biznesie.

Ludzie pamiętają rozmowy, w których poczuli się wysłuchani, dużo dłużej niż te, w których ktoś im coś sprzedawał. Paradoksalnie to właśnie z takich rozmów rodzą się polecenia i telefony w stylu „akurat pomyślałam o Tobie”. Zapadłaś w pamięć jako osoba, nie jako oferta.

Co się zmienia, kiedy zbudujesz relację online, zanim spotkasz kogoś offline

Najlepszy networking dzieje się, zanim jeszcze wymienicie jedno zdanie twarzą w twarz. Jeśli ktoś obserwuje Twoje treści od miesiąca, wie, jak myślisz i czym się zajmujesz. Zna Twój styl pracy, zanim jeszcze uściśniecie sobie dłonie. Media społecznościowe stają się w ten sposób poczekalnią przed każdym spotkaniem. Druga osoba zdążyła w niej zrobić pierwsze wpłaty na Twoje konto, samym czytaniem i komentowaniem.

Regularna, autentyczna obecność w mediach społecznościowych działa więc lepiej niż najlepiej wyćwiczony pitch. Pracuje na Twoje konto relacji, zanim jeszcze potrzebujesz z niego skorzystać. Pisałam o mechanizmie budowania tej widoczności w artykule o dziewięciu zasadach wykorzystania mediów społecznościowych w marce osobistej. Zajrzyj tam, jeśli chcesz zacząć od tego kroku, zanim pójdziesz na kolejne wydarzenie branżowe.

Co zrobić, jeśli naprawdę nie masz czasu czekać miesiącami

Konto bankowe też można otworzyć od małej wpłaty. Nie musisz spędzić miesięcy na budowaniu widoczności, zanim zaczniesz cokolwiek robić. Wystarczy jedna prawdziwa rozmowa, jedno konkretne polecenie, jedna wiadomość napisana bez drugiego dna. Ten proces przy odrobinie konsekwencji przyspiesza z każdym tygodniem. Wolniej na start nie znaczy wolniej w efekcie. Relacje zbudowane raz pracują na Ciebie długo po tym, jak jednorazowa wizytówka trafi do kosza.

Ćwiczenie: sprawdź stan swojego konta relacji

Weź kartkę i wypisz pięć osób z Twojej branży, z którymi chciałabyś mieć bliższy kontakt zawodowy. Przy każdej nazwij, kiedy ostatnio zrobiłaś na jej rzecz jakąkolwiek wpłatę: polecenie, komentarz, wiadomość, pomoc. Jeśli przy którymś nazwisku nie potrafisz nic wpisać, masz gotową listę zadań na najbliższy tydzień: jedna wpłata dziennie, bez planowania całej strategii z góry.

To ćwiczenie zajmuje pięć minut. Pokazuje dokładnie, gdzie Twoje konto relacji stoi puste, mimo że w głowie masz wrażenie, że znasz te osoby od lat.

Ta sama scena, inna Ty

Wróćmy na branżowe śniadanie z początku tego artykułu. Ta sama sala, ten sam kubek kawy, ale tym razem to Ty podchodzisz do kogoś nieznajomego. Nie masz w ręce wizytówki. Masz jedno pytanie o to, czym się ta osoba naprawdę zajmuje i co ją w tym najbardziej cieszy. Rozmowa trwa piętnaście minut zamiast trzydziestu sekund. Kiedy się rozstajecie, żadna z was nie musi udawać, że wróci do tego kontaktu, bo już wie, że wróci.

To jest różnica między wizytówką a wpłatą na konto relacji. Jedna kończy się w szufladzie. Druga zaczyna coś, co możesz rozwijać miesiącami.

Co dalej, kiedy już wiesz, jak wygląda Twoje konto

Wiedza o tym, jak działa konto relacji, to dopiero początek. Prawdziwa zmiana przychodzi z regularnością. Jedna wpłata w miesiącu nie zbuduje kapitału, na którym można się oprzeć, kiedy naprawdę czegoś potrzebujesz.

Jeśli wolisz robić to z konkretnym rytmem i wsparciem, zamiast pilnować tego samodzielnie w kalendarzu, zajrzyj do Klubu Przedsiębiorczej Kobiety. Co miesiąc pracujemy tam nad jednym elementem marki i biznesu, od strategii widoczności po sposób prowadzenia relacji. Efekt to konkretne klientki i polecenia. Sprawdź, jak wygląda Klub.

Wolisz na razie tylko wiedzieć, kiedy pojawia się coś nowego na blogu i w Klubie? Zapisz się do newslettera BRANDletter. Link znajdziesz w stopce tej strony.

 

FAQ

Czy w ogóle da się budować sieć kontaktów, nie lubiąc networkingu w klasycznej formie? Tak, i to zwykle lepiej niż w klasycznej formie. Relacje oparte na wzajemnych wpłatach, czyli poleceniach, uwadze i pomocy, są trwalsze niż te zbudowane na wymianie wizytówek podczas jednego wydarzenia.

Co, jeśli potrzebuję nowych klientek teraz, a nie za pół roku budowania relacji? Zacznij od jednej konkretnej osoby i jednego konkretnego pytania o jej sytuację, zamiast masowej wysyłki ofert. To wolniejsze na start, ale rzadziej kończy się ciszą po drugiej stronie. Opiera się na realnej rozmowie, a nie na formułce.

Jak rozpoznać, że dana relacja zawodowa jest autentyczna, a nie kolejną transakcją w przebraniu? Sprawdź, czy rozmowa działa w obie strony. Jeśli druga osoba pyta o Ciebie równie często, jak Ty pytasz o nią, konto relacji rośnie po obu stronach, nie tylko po Twojej.

Czy media społecznościowe zastępują networking na żywo? Nie zastępują, ale go przygotowują. Obserwująca Cię osoba wchodzi w pierwszą rozmowę z gotowym obrazem tego, kim jesteś. Spotkanie na żywo staje się wtedy kontynuacją relacji, a nie jej początkiem od zera.

Od czego zacząć, jeśli do tej pory w ogóle unikałam networkingu? Zacznij od jednej wpłaty na czyjeś konto, zanim pomyślisz o czymkolwiek innym. Napisz do jednej osoby z branży, skomentuj jeden post z uwagą, poleć kogoś, kto akurat tego potrzebuje. Konto relacji rośnie od pierwszej wpłaty, nie od strategii na cały kwartał.

Gdy najbliżsi nie rozumieją Twojego biznesu online. Jak rozmawiać o pracy w social mediach z rodziną

Gdy najbliżsi nie rozumieją Twojego biznesu online. Jak rozmawiać o pracy w social mediach z rodziną

Siedzisz przy laptopie, w środku ważnej rozmowy z klientką albo w trakcie nagrywania rolki na jutro. Ktoś z domowników zagląda i pyta: „ale co ty właściwie robisz cały dzień na tym telefonie?” Brzmi niewinnie, ale słyszysz w tym coś więcej: że to, co robisz, nie liczy się jako prawdziwa praca.

To jeden z najczęstszych, a najrzadziej nazywanych problemów kobiet prowadzących biznes online. Od 2014 roku, kiedy prowadzę agencję Blue Brand, słyszę wersję tego samego pytania od kobiet z zupełnie różnych branż. Nie chodzi o brak wsparcia w ogóle. Chodzi o to, że pracujesz w czymś, co dla najbliższych jest niewidzialne: bez biura, bez munduru, bez wyjścia z domu o ósmej rano. Skoro nie widać drzwi do Twojej pracy, trudno oczekiwać, że ktoś je uszanuje.

Pokażę Ci w tym artykule, dlaczego to nieporozumienie nie wynika ze złej woli rodziny, i jak zbudować granice, które faktycznie da się zobaczyć, nawet bez osobnego pokoju.

W skrócie

  • Rodzina nie lekceważy Twojej pracy ze złośliwości. Po prostu nie widzi jej, bo brakuje sygnałów, które oznaczają „pracuję”.
  • Praca w domu bez widocznych granic wygląda dla otoczenia jak stała dostępność.
  • Nie potrzebujesz osobnego biura, żeby zbudować granicę. Potrzebujesz jednego, konsekwentnego sygnału.
  • Rozmowa o efektach Twojej pracy działa lepiej niż tłumaczenie się z algorytmów i zasięgów.

Dlaczego rodzina nie traktuje tego jak „prawdziwej pracy”

Kiedy ktoś wychodzi rano z domu do biura, cała rodzina od razu wie, co to oznacza: ta osoba pracuje, nie przeszkadzamy, chyba że coś naprawdę pilnego. Kiedy Ty zostajesz w domu z telefonem albo laptopem, ten sam sygnał nie istnieje. Z zewnątrz wygląda to tak samo, niezależnie od tego, czy przeglądasz media dla siebie, czy właśnie zamykasz sprzedaż z klientką.

Konsekwencje tego są konkretne: przerywane rozmowy w środku ważnych zadań, poczucie, że musisz się bronić przed pytaniem „a może byś tak pomogła przy obiedzie, skoro i tak siedzisz na telefonie”, i narastające zmęczenie tłumaczeniem, że social media to Twoje źródło dochodu, nie hobby. Z czasem to zmęczenie zaczyna kosztować więcej niż sama utrata czasu, bo zabiera energię, która powinna iść w pracę, nie w obronę przed pytaniami o nią.

Jest jeszcze koszt głębszy. Kiedy najbliżsi nie doceniają Twojej pracy, łatwo zacząć podważać ją samej sobie. Jeśli mama, partner czy dzieci traktują Twój biznes jak coś mniej ważnego niż etat, część Ciebie zaczyna w to wierzyć, nawet jeśli liczby na koncie mówią co innego.

Skąd bierze się to nieporozumienie

Rodzina nie ignoruje Twojej pracy ze złej woli. Po prostu nie ma narzędzi, żeby ją rozpoznać, bo nikt jej nigdy nie nauczył czytać sygnałów pracy zdalnej. Tym bardziej pracy w mediach społecznościowych, gdzie granica między pracą a scrollowaniem bywa niewidoczna nawet dla Ciebie samej.

Pracujesz w biurze bez drzwi

Wyobraź sobie, że Twoje biuro istnieje naprawdę, tylko nie ma w nim żadnych drzwi ani ścian. Dla kogoś z zewnątrz wygląda dokładnie tak samo jak reszta domu. Dla Twojej rodziny biuro bez drzwi wygląda jak dostępność bez końca. Nie dlatego, że nie szanują Twojej pracy, tylko dlatego, że nie mają jak rozpoznać, kiedy jesteś „w środku”, a kiedy „na zewnątrz”.

Dlaczego to nie oznacza, że musisz mieć osobny pokój

Tu pojawia się najczęstszy zarzut wobec samej siebie: przecież pracuję w kuchni albo w salonie, więc niby jak mam pokazać, że pracuję. Nie potrzebujesz ścian. Potrzebujesz jednego, prostego i konsekwentnego sygnału, który z czasem zacznie działać jak drzwi, nawet jeśli fizycznie ich nie ma.

Jak zbudować drzwi, których nie ma

Wybierz jeden konkretny sygnał i trzymaj się go bez wyjątków przez kilka tygodni, żeby rodzina zdążyła się go nauczyć. Może to być konkretna pora dnia zapisana na wspólnym kalendarzu w kuchni. Równie dobrze mogą to być słuchawki na uszach, które oznaczają „teraz nie przeszkadzać, chyba że coś się pali”. Sprawdza się też jedno stałe zdanie, które zawsze mówisz, wychodząc do swojego kąta: „mam teraz godzinę pracy, wracam o czternastej”.

Kluczowe jest powtarzanie tego samego sygnału, nie wymyślanie nowego za każdym razem. Rodzina uczy się wzorców, nie jednorazowych próśb.

Rozmowa, która działa lepiej niż tłumaczenie się z algorytmu

Kiedy ktoś pyta, co właściwie robisz na tym telefonie, pokusa jest, żeby zacząć tłumaczyć zasięgi, algorytmy i strategię contentową. To zwykle pogarsza sprawę, bo dla kogoś, kto nie zna tego świata, brzmi jak usprawiedliwianie się. Skuteczniejsze jest jedno konkretne zdanie o efekcie, nie o procesie. „Ta godzina dziennie płaci za nasze wakacje” działa lepiej niż wykład o instagramowym algorytmie.

Co zrobić, kiedy mimo wszystko ktoś nie chce uszanować granicy

Czasem, mimo jasnego sygnału, ktoś bliski i tak go ignoruje, bo przyzwyczaił się, że zawsze byłaś dostępna. W takiej sytuacji granica nie działa od razu. Działa dopiero wtedy, gdy konsekwentnie ją egzekwujesz, czyli faktycznie nie odpowiadasz w tym czasie, nawet jeśli ktoś zapyta drugi czy trzeci raz. Granica, która ustępuje przy pierwszym oporze, uczy rodzinę, że można ją przekroczyć.

Różne osoby, różne rozmowy

Rozmowa z partnerem różni się od rozmowy z rodzicami, a ta różni się od ustalania zasad z dziećmi. Partner najczęściej potrzebuje konkretów finansowych i wspólnego kalendarza, bo dzieli z Tobą codzienne obowiązki i budżet domowy. Rodzice, zwłaszcza ci, którzy całe życie pracowali na etacie, czasem potrzebują więcej cierpliwości, bo praca bez umowy i stałej pensji bywa dla nich trudna do zaklasyfikowania jako „prawdziwa”. Warto wtedy pokazać im coś namacalnego: fakturę, potwierdzenie przelewu, konkretną liczbę klientek w tym miesiącu, zamiast opisywać zjawisko w abstrakcyjnych słowach. Z dziećmi najlepiej działają proste, powtarzalne rytuały, a nie tłumaczenia, bo dzieci uczą się przez powtarzanie, nie przez argumenty.

Nie musisz przekonywać wszystkich tym samym argumentem. Dopasuj rozmowę do osoby, z którą rozmawiasz, zamiast szukać jednego uniwersalnego wyjaśnienia, które zadowoli całą rodzinę naraz.

Jak to wygląda w praktyce

Jedna z kobiet, z którymi pracowałam, przez rok tłumaczyła mężowi zasięgi i algorytmy za każdym razem, gdy pytał, dlaczego wciąż siedzi na telefonie. Nic się nie zmieniało, bo dla niego to wciąż brzmiało jak hobby opisywane trudnym słownictwem. Zmiana przyszła dopiero, kiedy zamiast kolejnego wykładu powiedziała jedno zdanie: „ten telefon opłacił nasz ostatni urlop”. Mąż przestał pytać, zaczął pilnować, żeby dzieci jej nie przeszkadzały w tej samej porze każdego dnia. Nie zmieniła się wiedza męża o mediach społecznościowych. Zmienił się sposób, w jaki opowiedziała mu o efekcie.

Ta sama przerwa, inna reakcja

Wróćmy do momentu z początku tego artykułu: siedzisz przy laptopie, ktoś zagląda i pyta, co robisz cały dzień na tym telefonie. Tym razem jednak masz gotową odpowiedź, bo wcześniej ustaliłaś sygnał i konsekwentnie go trzymałaś. Zamiast tłumaczyć się z pracy, mówisz spokojnie: „kończę o czternastej, porozmawiajmy wtedy”, i wracasz do ekranu bez poczucia winy.

To nie jest mniej ciepła rodzina. To rodzina, która w końcu widzi drzwi, których wcześniej nie było.

Co dalej

Ustalenie jednego sygnału to dobry pierwszy krok, ale prawdziwa zmiana przychodzi, kiedy pracujesz nad granicami razem z pracą nad samą marką. Jedno i drugie w końcu się przenika, bo sposób, w jaki traktujesz swój czas, wpływa na to, jak inni go traktują, a to z kolei wpływa na to, ile realnie zdążysz zrobić w ciągu dnia. W Klubie Przedsiębiorczej Kobiety co miesiąc pracujemy nad jednym elementem marki i biznesu, w tym nad granicami, które faktycznie da się utrzymać w prawdziwym, zabieganym domu, a nie tylko w teorii z poradnika. Sprawdź, jak wygląda Klub.

Jeśli akurat potrzebujesz odpocząć, zanim zabierzesz się za budowanie nowych granic, pisałam też o tym, jak wygląda prawdziwy detoks cyfrowy dla przedsiębiorczej kobiety, zamiast kolejnej listy zadań do zrobienia.

Jeśli wolisz na razie tylko wiedzieć, kiedy pojawia się coś nowego na blogu, zapisz się do newslettera BRANDletter. Link znajdziesz w stopce tej strony, razem z krótką informacją o tym, jak często wysyłam wiadomości.

FAQ

Czy muszę mieć osobny pokój do pracy, żeby rodzina zaczęła szanować moje granice? Nie. Wystarczy jeden konsekwentny sygnał, na przykład konkretna pora dnia albo widoczny gest, który zawsze oznacza to samo. Fizyczna przestrzeń pomaga, ale nie jest konieczna.

Co zrobić, jeśli dzieci są za małe, żeby zrozumieć granice czasowe? Dopasuj sygnał do ich wieku: konkretny przedmiot na biurku, kolorowa kartka na drzwiach albo prosta zasada „kiedy mama ma słuchawki, czekamy”. Małe dzieci uczą się wzorców wizualnych szybciej niż słownych wyjaśnień.

Jak rozmawiać z partnerem, który uważa, że praca w social mediach to nie „prawdziwa” praca? Mów o efektach, nie o procesie. Konkretna kwota, konkretny klient, konkretny cel, na który pracujesz, przemawia mocniej niż tłumaczenie mechanizmów działania platform.

Czy to normalne, że czuję się winna, kiedy proszę rodzinę o uszanowanie mojego czasu pracy? Tak, to częste uczucie, zwłaszcza gdy pracujesz w domu i masz wrażenie, że powinnaś być dostępna cały czas. Poczucie winy nie oznacza, że granica jest niesłuszna. Oznacza tylko, że jest nowa.

Jak długo trwa, zanim rodzina zacznie respektować nowy sygnał? Zwykle od dwóch do czterech tygodni konsekwentnego powtarzania, choć pierwsze efekty bywają widoczne już po kilku dniach. Najczęstszym błędem jest rezygnacja z sygnału po pierwszym razie, kiedy ktoś go zignoruje, zamiast spokojnego powtórzenia go jeszcze raz.

Syndrom oszustki w social mediach. Co robić, gdy boisz się, że ktoś zapyta „a kim ty jesteś, żeby to mówić”

Syndrom oszustki w social mediach. Co robić, gdy boisz się, że ktoś zapyta „a kim ty jesteś, żeby to mówić”

Otwierasz edytor posta. Piszesz zdanie, które od tygodnia chodzi Ci po głowie, bo w końcu poukładałaś je tak, żeby brzmiało sensownie. Kursor mruga nad przyciskiem publikacji. I wtedy w głowie odzywa się głos: „a kim ty jesteś, żeby to mówić?” Nie masz doktoratu z tego tematu. Ktoś na pewno zna się lepiej. Ktoś zaraz to napisze w komentarzu, publicznie, żeby wszyscy widzieli.

To nie jest chwilowa niepewność przed kliknięciem. To syndrom oszustki: uczucie, że lada moment ktoś Cię zdemaskuje jako osobę bez prawdziwych kwalifikacji, mimo że wszystko, co dotąd zrobiłaś, mówi coś zupełnie innego. Od 2014 roku, kiedy prowadzę agencję Blue Brand, słyszę tę samą historię od kobiet, które wiedzą więcej niż większość ich odbiorczyń, a mimo to nie potrafią nacisnąć „opublikuj”.

Pokażę Ci w tym artykule, skąd bierze się ten wewnętrzny głos, dlaczego kłamie częściej, niż myślisz, i co konkretnie zrobić, żeby przestał decydować za Ciebie.

W skrócie

  • Syndrom oszustki nie znika wraz z kolejnymi dyplomami czy latami doświadczenia, bo nie jest miarą kompetencji, tylko miarą nowości sytuacji.
  • Wewnętrzny głos, który pyta „kim ty jesteś, żeby to mówić”, działa jak kontroler biletów. Pyta o przepustkę, której nikt naprawdę od Ciebie nie wymaga.
  • Nie musisz być najbardziej kompetentną osobą na świecie. Musisz wiedzieć więcej niż osoba, której dziś pomagasz.
  • Konkretna lista dowodów kompetencji ucisza ten głos skuteczniej niż czekanie, aż sam zniknie.

Dlaczego więcej doświadczenia nie wycisza tego głosu

Można by pomyśleć, że syndrom oszustki dotyka tylko początkujących, tych, które faktycznie dopiero się uczą. Rzeczywistość jest inna. Znam kobiety z kilkunastoletnim doświadczeniem w swojej branży, autorki książek, prowadzące szkolenia dla setek osób. One także, przed każdym większym wystąpieniem, słyszą w głowie to samo pytanie. Kompetencje rosną, ale głos nie cichnie, bo nigdy nie mierzył kompetencji. Mierzy tylko to, jak nowa i eksponowana jest dana sytuacja.

Konsekwencje tego są konkretne. Kobiety z realną wiedzą milczą, podczas gdy głos zabierają ci, którzy o kwalifikacjach nie myślą wcale, bo nigdy nie przyszło im do głowy, żeby się nad tym zastanawiać. Twoja cisza nie oznacza pustki w sieci. Oznacza miejsce, które zajmie ktoś inny, niekoniecznie lepiej przygotowany.

Jest jeszcze koszt osobisty. Syndrom oszustki, zostawiony bez odpowiedzi, nie stoi w miejscu. Rośnie z każdym odłożonym postem, z każdą okazją, z której zrezygnowałaś, bo „ktoś na pewno zapyta, skąd to wiesz”. Po którymś kolejnym takim odwrocie łatwiej już w ogóle nie zaczynać, niż zmierzyć się z tym pytaniem.

Skąd bierze się to poczucie

Syndrom oszustki najczęściej rodzi się tam, gdzie porównujesz swój początek z czyimś środkiem drogi. Widzisz gotowy efekt pracy innej ekspertki. Nie widzisz lat, które ją do tego doprowadziły, więc mózg wyciąga fałszywy wniosek: ona ma prawo mówić, ja jeszcze nie. To porównanie jest nieuczciwe, bo zestawia ze sobą dwa różne momenty w czasie, a nie dwie różne wartości merytoryczne.

Badania nad tym zjawiskiem, prowadzone od lat osiemdziesiątych, wskazują, że nawet siedem na dziesięć osób doświadcza syndromu oszustki przynajmniej raz w życiu. Jeśli więc czujesz to teraz, jesteś w bardzo dużej grupie, nie w wyjątku, który akurat trafił na prawdziwy brak kompetencji.

Kontroler biletów, którego nikt nie zatrudnił

Wyobraź sobie dworzec. Stoisz na peronie i trzymasz w ręku swoją wiedzę, doświadczenie, wszystko, co masz do powiedzenia. Głos w głowie zachowuje się jak kontroler biletów, który podchodzi i pyta o przepustkę: dyplom, dziesięć lat stażu, poklask uznanych autorytetów. Na tym peronie nikt takiego kontrolera nie zatrudnił. Internet nie sprawdza biletów przy wejściu.

Spójrz na osoby, które już mówią w Twojej branży. Większość z nich wsiadła do pociągu, zanim poczuła się w pełni gotowa. Różnica między nimi a Tobą nie polega na tym, że przeszły kontrolę, na którą Ty wciąż czekasz. Polega na tym, że przestały czekać na kontrolera, który i tak nigdy się nie pojawi.

Dlaczego nie musisz być najlepsza, żeby mówić

Tu najczęściej pojawia się zarzut: ale ja naprawdę wiem mniej niż inne osoby w mojej branży. Możliwe. Nie musisz jednak wiedzieć więcej niż wszyscy. Musisz wiedzieć więcej niż osoba, która dziś szuka odpowiedzi i trafia na Twój profil. Ona nie potrzebuje najlepszej ekspertki na świecie. Potrzebuje kogoś, kto jest kilka kroków przed nią i chce się tą drogą podzielić.

Lista dowodów, która ucisza kontrolera

Weź kartkę i wypisz trzy konkretne rzeczy: coś, czego się nauczyłaś w ostatnim czasie, coś, co przetestowałaś na sobie lub swoich klientkach, i coś konkretnego, w czym pomogłaś komuś dojść do rezultatu. Nie musi to być spektakularne. Wystarczy, żeby było prawdziwe i konkretne. Ta lista to Twój bilet: ważny, prawdziwy, wystawiony przez Twoje własne doświadczenie, a nie przez zewnętrzną instytucję.

Trzymaj tę listę w zasięgu ręki. Kiedy następnym razem głos zapyta „a kim ty jesteś, żeby to mówić”, masz gotową, konkretną odpowiedź. Nie musisz wtedy wchodzić w dyskusję z głosem, który i tak nie przyjmuje żadnych dowodów.

Czego nie robić, kiedy usłyszysz ten głos

Najgorsza reakcja na syndrom oszustki to próba całkowitego zagłuszenia go kolejnymi certyfikatami, kolejnymi kursami, kolejnym przygotowaniem, zanim się odezwiesz. To pułapka, bo kontroler biletów zawsze znajdzie kolejny dokument do sprawdzenia. Im więcej dyplomów mu pokażesz, tym więcej będzie chciał zobaczyć, bo jego zadaniem nie jest przepuszczenie Cię przez bramkę, tylko trzymanie Cię na peronie.

Równie nieskuteczne jest szukanie potwierdzenia u innych, zanim cokolwiek opublikujesz: pytanie znajomych, czy to na pewno dobry pomysł, czekanie na czyjeś błogosławieństwo. Zewnętrzna zgoda nie ucisza wewnętrznego kontrolera, bo on i tak zapyta, czy osoba, która Cię pochwaliła, w ogóle się na tym zna.

Co zyskujesz, kiedy przestajesz czekać na kontrolę

Kobiety, które publikują mimo tego głosu, rzadko czują nagłą, totalną pewność siebie. Zyskują za to coś bardziej trwałego: dowód z własnego doświadczenia, że świat się nie zawalił, kiedy powiedziały coś niedoskonałego na głos. Ten dowód działa mocniej niż jakiekolwiek zapewnienie z zewnątrz, bo pochodzi z Twojego własnego eksperymentu, nie z cudzej opinii.

Z czasem głos kontrolera nie znika, ale traci na sile, bo masz coraz dłuższą listę sytuacji, w których się mylił. Publikowałaś, mimo że pytał o przepustkę, i nic złego się nie stało. Tego rodzaju dowodu nie da się zdobyć, czytając kolejny artykuł o pewności siebie. Trzeba go zdobyć w praktyce, jeden opublikowany post na raz.

Co zrobić, kiedy strach mimo wszystko zostaje

Lista dowodów nie sprawi, że strach zniknie całkowicie, i to jest normalne. Chodzi o to, żeby działać obok strachu, nie czekając, aż zniknie zupełnie. Syndrom oszustki żywi się właśnie odkładaniem, nie brakiem gotowości. Pisałam o mechanizmie tego odkładania szerzej w artykule o pięciu latach z niedokończoną książką i o tym, co robi z Tobą projekt, o którym mówisz, ale go nie robisz.

Ten sam peron, inna decyzja

Wróćmy do edytora posta z początku tego artykułu. Zdanie wciąż tam jest, dopracowane, gotowe. Kursor wciąż mruga nad przyciskiem publikacji. Głos wewnętrznego kontrolera znowu pyta o przepustkę. Tym razem jednak wiesz, kim on jest: głosem, który nie ma żadnej władzy, tylko nawyk pytania. Sięgasz po swoją listę dowodów, przypominasz sobie, dla kogo piszesz ten post, i klikasz publikuj, mimo że kontroler wciąż stoi obok.

To jest różnica między czekaniem na ciszę w głowie a działaniem mimo hałasu. Cisza nigdy nie przyjdzie pierwsza.

Co dalej

Jedna lista dowodów pomoże Ci raz. Żeby ten głos przestał decydować o Twoich publikacjach na stałe, potrzebujesz czegoś więcej niż jednorazowej motywacji. Potrzebujesz regularności i towarzystwa innych kobiet, które mierzą się z dokładnie tym samym.

W Klubie Przedsiębiorczej Kobiety co miesiąc pracujemy nad jednym konkretnym elementem marki i biznesu, razem z tym, co blokuje Cię w głowie, nie tylko z tym, co widać na zewnątrz. To różnica, która ma znaczenie, bo strategia bez pracy nad głosem kontrolera zwykle kończy się na etapie planu, nigdy publikacji. Sprawdź, jak wygląda Klub.

Jeśli wolisz na razie tylko wiedzieć, kiedy pojawia się coś nowego na blogu i w Klubie, zapisz się do newslettera BRANDletter. Link znajdziesz w stopce tej strony.

FAQ

Czy syndrom oszustki kiedykolwiek całkowicie znika? Rzadko znika w stu procentach, nawet u osób z wieloletnim doświadczeniem. Zmienia się jednak jego siła i to, jak szybko rozpoznajesz go jako głos, a nie jako fakt.

Czy to normalne, że boję się publikować, mimo że naprawdę znam się na swoim temacie? Tak, to jeden z najbardziej typowych objawów syndromu oszustki. Dotyka on często właśnie osób kompetentnych, rzadziej tych, które faktycznie niewiele wiedzą.

Co zrobić, jeśli ktoś naprawdę zapyta mnie w komentarzu, skąd to wiem? Odpowiedz wprost i konkretnie, powołując się na swoje doświadczenie lub źródło wiedzy. Jedno szczere pytanie w komentarzu waży dużo mniej niż setki godzin, które wcześniej poświęciłaś na naukę tego tematu.

Czy syndrom oszustki dotyczy tylko kobiet zaczynających biznes online? Nie, dotyka też doświadczonych ekspertek, autorek książek i osób prowadzących duże społeczności. Doświadczenie zmienia częstotliwość tego głosu, ale rzadko usuwa go całkowicie.

Jak odróżnić syndrom oszustki od realnego braku przygotowania? Sprawdź, czy masz konkretną, spisaną wiedzę lub doświadczenie w temacie, o którym chcesz mówić. Jeśli masz, ten głos to najpewniej syndrom oszustki. Jeśli faktycznie niczego nie wiesz na dany temat, to nie jest kwestia pewności siebie, tylko sygnał, żeby najpierw się douczyć.

5 sygnałów, że Twoja marka osobista potrzebuje zmiany kierunku (to nie to samo, co kryzys)

5 sygnałów, że Twoja marka osobista potrzebuje zmiany kierunku (to nie to samo, co kryzys)

Stoisz przed szafą pełną ubrań, które kiedyś idealnie pasowały, a teraz nic nie chce na Tobie leżeć tak jak trzeba. Nie dlatego, że były złej jakości. Dlatego, że Ty się zmieniłaś, a szafa nie nadążyła. Z marką osobistą jest podobnie: to, co świetnie działało dwa lata temu, dziś może uwierać w ramionach, mimo że nic w niej „nie jest zepsute”.

To rozróżnienie ma znaczenie, bo wielu kobietom wydaje się, że skoro coś przestało działać, to znaczy, że popełniły błąd, że ich marka jest w kryzysie. Najczęściej jest inaczej. Kryzys wygląda jak dziura w ubraniu: coś konkretnego się zepsuło i trzeba to naprawić. Potrzeba zmiany kierunku wygląda inaczej, bo ubranie wciąż jest całe, tylko już nie pasuje, ponieważ urosłaś.

Pokażę Ci pięć konkretnych sygnałów, po których poznasz, że Twoja marka osobista potrzebuje nowego kierunku, a nie naprawy, i dlaczego to jest dobra, a nie zła wiadomość.

W skrócie

  • Potrzeba zmiany kierunku w marce osobistej to naturalny etap rozwoju, nie oznaka porażki czy kryzysu.
  • Kryzys to coś konkretnego, co się zepsuło. Zmiana kierunku to marka, która stała się za ciasna, bo Ty urosłaś.
  • Nudzenie się własnym przekazem, spadające zaangażowanie mimo pracy i niezgodność między tym, kim jesteś dziś, a jak się prezentujesz, to trzy z pięciu najczęstszych sygnałów.
  • Zmiana kierunku nie oznacza wyrzucenia wszystkiego, co zbudowałaś, tylko dopasowanie garderoby do tego, kim już się stałaś.

Dlaczego mylimy zmianę kierunku z kryzysem

Kiedy coś w marce przestaje działać, pierwszy odruch to szukanie winy: może źle dobrałam ofertę, może za mało publikuję, może w ogóle się do tego nie nadaję. Ten odruch bywa kosztowny, bo prowadzi do naprawiania rzeczy, które wcale nie są zepsute, zamiast zauważenia, że to Ty i Twój biznes przeszliście już dalej niż Twoje obecne pozycjonowanie. Od 2014 roku, kiedy prowadzę agencję Blue Brand, widziałam dziesiątki kobiet przechodzących dokładnie przez ten moment.

Konsekwencje ignorowania tego rozróżnienia są konkretne. Kobiety, które traktują potrzebę zmiany kierunku jak kryzys, często wpadają w pętlę. Zmieniają szablon strony, dodają kolejny post w tym samym tonie, testują nową grafikę profilową, a przekaz w środku zostaje taki sam. Efekt jest kosmetyczny, problem zostaje nietknięty, bo dotyczy nie wyglądu marki, tylko tego, co ona właściwie komunikuje.

Jest jeszcze koszt emocjonalny. Traktowanie naturalnej ewolucji jak porażki podkopuje pewność siebie dokładnie w momencie, w którym najbardziej potrzebujesz jasności. Zamiast zapytać „dokąd teraz zmierzam”, pytasz „co ze mną nie tak”, a to zupełnie inne pytanie, prowadzące do zupełnie innych, gorszych odpowiedzi.

Skąd biorą się te dwa różne stany

Kryzys pojawia się nagle, zwykle w reakcji na konkretne zdarzenie: stracony kontrakt, źle przyjęty post, spadek sprzedaży po zmianie algorytmu. Potrzeba zmiany kierunku narasta powoli, miesiącami, i nie ma jednego winowajcy. To różnica między złamaną nogą a butami, z których dziecko wyrosło. Jedno boli od razu i wymaga natychmiastowej reakcji. Drugie boli tylko wtedy, gdy próbujesz dalej w nich chodzić.

Pięć sygnałów, że to nie kryzys, tylko wzrost

Sygnał pierwszy: nudzisz się własnym przekazem

Jeśli pisanie kolejnego posta o tym samym temacie zaczyna przypominać powtarzanie tej samej piosenki na okrągło, to nie jest lenistwo. To sygnał, że Twoje zainteresowania i wiedza poszły dalej niż temat, wokół którego zbudowałaś markę. Nuda to informacja, nie wada charakteru.

Sygnał drugi: Twoi najlepsi klienci już nie pasują do pierwotnej oferty

Przyjrzyj się, kto ostatnio kupował Twoje najbardziej zaawansowane produkty czy usługi. Jeśli to osoby wyraźnie różniące się od tych, do których pierwotnie kierowałaś swoją markę, to znak, że Twoja realna grupa docelowa już się przesunęła. Komunikacja po prostu jeszcze o tym nie wie.

Sygnał trzeci: zaczynasz się tłumaczyć z tego, co reprezentujesz

Kiedy nowa osoba pyta, czym się zajmujesz, a Ty zaczynasz zdanie od „no, właściwie to już trochę inaczej, bo…” zamiast jasnej odpowiedzi, to sygnał. Oznacza rozjazd między tym, kim jesteś dziś, a tym, jak wciąż się przedstawiasz.

Sygnał czwarty: wyniki spadają mimo tej samej pracy

Publikujesz tak samo regularnie jak zawsze, ale zaangażowanie i sprzedaż spadają. To nie zawsze wina algorytmu. Czasem to znak, że przekaz przestał rezonować, bo odbiorcy już wyczuwają niespójność, której Ty jeszcze nie nazwałaś na głos.

Sygnał piąty: ludzie kojarzą Cię z czymś, czym już nie chcesz być

Jeśli na wydarzeniach branżowych wciąż przedstawiają Cię jako specjalistkę od czegoś, co dawno przestało być sercem Twojej pracy, to sygnał ostrzegawczy. Publiczny obraz Twojej marki zatrzymał się na wcześniejszym etapie, mimo że Ty poszłaś dalej.

Co nie jest sygnałem zmiany kierunku

Nie każdy gorszy tydzień oznacza, że trzeba przebudowywać markę od podstaw. Jeden słabo przyjęty post, chwilowy spadek zasięgów po zmianie algorytmu czy pojedynczy krytyczny komentarz to normalna część prowadzenia marki w mediach społecznościowych, nie dowód, że kierunek jest zły. Podobnie porównywanie się do koleżanki po fachu, która akurat ma lepszy miesiąc, mówi więcej o mechanizmach porównywania się w sieci niż o kondycji Twojej własnej marki.

Prawdziwy sygnał zmiany kierunku utrzymuje się tygodniami, nie dniami, i dotyczy tego, jak Ty się czujesz z własnym przekazem, a nie tego, jak zareagował jeden konkretny post.

Dlaczego zmiana kierunku nie oznacza zaczynania od zera

Tu pojawia się największy opór: ale ja stracę odbiorców, których budowałam latami. Częściowo to prawda, bo część osób faktycznie odejdzie. Twoi najbardziej wartościowi odbiorcy podążają jednak za Tobą jako osobą, nie za wąskim tematem sprzed dwóch lat. Zmiana kierunku to nie spalenie szafy, tylko dołożenie do niej rzeczy, które faktycznie na Ciebie dziś pasują. Zatrzymujesz to, co wciąż działa, i dokładasz nowy element, zamiast wyrzucać wszystko na raz.

Jak sprawdzić, czy to na pewno zmiana kierunku, a nie chwilowe zmęczenie

Zanim zaczniesz przebudowywać markę, daj sobie dwa, trzy tygodnie przerwy od publikowania, jeśli tylko możesz sobie na to pozwolić. Chwilowe zmęczenie mija po odpoczynku. Potrzeba zmiany kierunku zostaje, bo nie wynika ze zmęczenia, tylko z tego, że dotychczasowy temat naprawdę przestał być tam, gdzie jesteś teraz.

Kiedy już wiesz, że to zmiana kierunku

Rozpoznanie, że potrzebujesz zmiany, to dopiero pierwszy krok. Samo jej wykonanie, czyli dobranie nowego archetypu i przełożenie go na kolory, język i typ treści, to osobny temat. Wymaga już nie diagnozy, tylko konkretnego planu działania. Rozpisałam go szerzej w artykule o tym, jak zmienić swój archetyp marki, żebyś miała ten plan gotowy, zamiast zaczynać od zera.

Ta sama szafa, inny wybór

Wróćmy przed szafę z początku tego artykułu. Ubrania wciąż tam wiszą, te same co zawsze. Różnica jest taka, że tym razem wiesz, dlaczego nic nie pasuje: nie dlatego, że są złej jakości, tylko dlatego, że urosłaś. Zamiast winić siebie za to, że coś jest nie tak, sięgasz po miarkę i sprawdzasz, co faktycznie leży dziś dobrze. Zaczynasz dokładać nowe elementy do garderoby, którą już masz.

To jest różnica między naprawianiem czegoś, co nie jest zepsute, a świadomym wzrostem. Marka, która się rozwija, wygląda z zewnątrz podobnie do marki w kryzysie: coś się zmienia, coś przestaje pasować. W środku to jednak zupełnie inny proces, bo jeden wynika ze straty, a drugi z tego, że masz już więcej do zaoferowania niż wcześniej.

Co dalej

Rozpoznanie sygnału to pierwszy krok, ale sam pivot, czyli faktyczna zmiana kierunku, wymaga decyzji, które trudno podjąć samodzielnie. Jesteś zbyt blisko własnej marki, żeby zobaczyć ją z dystansu, jaki ma osoba patrząca na nią z zewnątrz. Jeśli chcesz przepracować to z kimś, kto zna ten proces z dziesiątek innych przypadków, zamiast zgadywać samodzielnie, zapraszam Cię na bezpłatną, dwudziestominutową konsultację. Razem sprawdzimy, czy to, co czujesz, to rzeczywiście sygnał zmiany kierunku, czy raczej chwilowe zmęczenie. Ustalimy też, jak zacząć wdrażać zmianę bez wyrzucania tego, co już zbudowałaś.

Jeśli wolisz na razie tylko wiedzieć, kiedy pojawia się coś nowego na blogu, zapisz się do newslettera BRANDletter. Link znajdziesz w stopce tej strony.

FAQ

Skąd mam wiedzieć, że to nie tylko chwilowy kryzys motywacyjny? Daj sobie krótką przerwę od publikowania. Jeśli po odpoczynku nadal czujesz dystans do dotychczasowego tematu, to sygnał realnej potrzeby zmiany kierunku, a nie zwykłego zmęczenia.

Czy zmiana kierunku marki oznacza, że muszę zacząć budować odbiorczość od zera? Nie. Najbardziej wartościowa część Twojej społeczności podąża za Tobą jako osobą, nie za wąskim tematem. Zmiana kierunku zwykle oznacza dopracowanie komunikacji, nie usunięcie wszystkiego, co już zbudowałaś.

Ile z pięciu sygnałów muszę rozpoznać u siebie, żeby to był realny sygnał zmiany? Nawet jeden wyraźny i utrzymujący się sygnał wystarczy, żeby zacząć się temu przyglądać uważniej. Kilka naraz zwykle oznacza, że zmiana jest już przejrzała i czeka tylko na decyzję.

Czy zmiana kierunku marki osobistej to to samo co rebranding? Rebranding często kojarzy się z nowym logo i stroną internetową. Zmiana kierunku dotyczy czegoś głębszego: tego, o czym mówisz, do kogo mówisz i dlaczego, co logo i strona powinny dopiero odzwierciedlić, a nie zastąpić.

Jak długo trwa świadome przeprowadzenie zmiany kierunku marki? To zależy od skali zmiany, ale rzadko dzieje się z dnia na dzień, i to jest w porządku. Większość kobiet, z którymi pracuję, potrzebuje od kilku tygodni do kilku miesięcy, żeby nowy kierunek zaczął spójnie brzmieć we wszystkich kanałach, od profilu po ofertę.

Odwaga, nie perfekcja. Jak zacząć budować markę osobistą, zanim poczujesz się gotowa

Odwaga, nie perfekcja. Jak zacząć budować markę osobistą, zanim poczujesz się gotowa

Masz gotowy post. Kursor miga nad przyciskiem „publikuj”. I nagle pojawia się myśl: jeszcze nie teraz, jeszcze nie tak, jeszcze nie ja. Znasz to uczucie? To nie jest brak pomysłu. To jest czekanie na moment, który nigdy nie nadejdzie, bo „gotowa” to stan, którego nie da się osiągnąć przez czekanie, tylko przez działanie.

W skrócie:

  • Nie istnieje moment, w którym poczujesz się w pełni gotowa, żeby zacząć budować markę osobistą.
  • Odwaga nie oznacza braku strachu. Oznacza działanie mimo niego.
  • Perfekcjonizm na starcie to najczęściej strach przebrany za wysokie standardy.
  • Markę osobistą buduje się w ruchu, nie w poczekalni na idealny moment.

Dlaczego „jeszcze nie teraz” nigdy się nie kończy

Perfekcjonizm obiecuje, że kiedy strona będzie dopracowana, logo idealne, a Ty w pełni pewna siebie, dopiero wtedy warto zacząć. To obietnica, która nigdy się nie spełnia. Z każdym kolejnym poziomem gotowości pojawia się bowiem kolejny, którego wciąż brakuje. Znam to z autopsji i znam to z pracy z kobietami, które od lat noszą w sobie gotowy pomysł na markę. Wciąż czekają jednak na sygnał, że mogą zacząć.

Prawda jest taka, że ten sygnał nigdy nie przyjdzie z zewnątrz. Przyjdzie dopiero po pierwszym kroku, nie przed nim.

Czym różni się odwaga od braku strachu

Tu leży najważniejsze rozróżnienie w tytule tego artykułu. Odważna marka osobista to nie taka, która nie boi się oceny, tylko taka, która publikuje mimo strachu przed oceną. Perfekcja i odwaga stoją po przeciwnych stronach. Perfekcja mówi „jeszcze nie”, a odwaga mówi „wystarczająco dobre na dziś”.

To rozróżnienie ma znaczenie praktyczne. Kiedy następnym razem poczujesz opór przed publikacją, zapytaj siebie, czy to faktycznie brak gotowości merytorycznej, czy strach przebrany za wysokie standardy. Rozkładam mechanizmy stojące za tym oporem szerzej w artykule o czterech barierach mentalnych, które powstrzymują nas przed budowaniem marki osobistej, razem ze sposobami na ich przełamanie.

Zacznij, zanim będziesz gotowa

Nie chodzi jednak o to, żeby publikować byle co. Chodzi o to, żeby zaakceptować, że pierwsza wersja nigdy nie będzie ostateczną wersją, i że to jest w porządku. Twoja marka osobista, tak jak Ty, będzie więc ewoluować. Pierwszy post, pierwsza strona i pierwsza oferta to punkt startu, nie pomnik.

Sprawdź, od czego zacząć

Dlatego zanim znowu odłożysz start na „kiedyś”, zrób jedną rzecz: rozwiąż bezpłatny test na archetyp marki. Pięć minut, konkretna odpowiedź na to, kim jesteś jako marka, zamiast czekania, aż sama to poczujesz.

Odważna marka osobista nie czeka na idealny moment. Zaczyna, dopracowuje w ruchu i rośnie razem z Tobą.

Czy postawiłaś na właściwego konia?

Czy postawiłaś na właściwego konia?

Nigdy nie brałam udziału w wyścigach konnych. Jednak mam pojęcie, że mój sukces i wygrana zależy od tego czy „postawiłam”, czyli zainwestowałam pieniądze, na właściwego konia. Oczywiście mogę rozłożyć ryzyko i postawić na 2 może 3 konie i oczekiwać mniejszego ryzyka i spokojnej wygranej.

A jak jest w życiu?
Czy my kobiety dobrze obstawiamy i wybieramy właściwego „konia”.

Dzisiaj wydawałoby się, że świadomość kobiet wzrasta z roku na rok.
Stajemy się niezależne finansowo, budujemy biznesy, idziemy po swoje.
Kibicuje gorąco tym kobietom, które mają odwagę chcieć od życia więcej.
Jest to szczególnie ważne, gdy potrafią przy tym wszystkim połączyć role żony, mamy, siostry, córki… i wiele innych

Spotykam również wiele kobiet, które już na starcie poddają się. Od wielu lat aktywnie buduje zespoły sprzedażowe. Miałam okazje rozmawiać z wieloma kobietami i widzieć w nich drzemiący potencjał. Jednak często, zanim wystartowały i dały sobie szansę, już się poddały.

Nie wiem czy jesteś w grupie kobiet, które idą prężnie po swoje, czy masz na swoim koncie, że po drodze zwątpiłaś w siebie.

Wiem tylko jedno, że każda z nas musi postawić w życiu na właściwego „konia”, a najlepiej na kilka, aby zmniejszyć ryzyko braku wygranej.

Po pierwsze postaw na rozwój. Swój rozwój. Jeśli lubisz haftować, to szkol się w tym zakresie. Jeśli słabo sprzedajesz, to idź na kurs lub poszukaj mentora, który wskaże Tobie obszary do rozwoju. Pomyśl w czym jesteś dobra i zacznij to robić. A jak nie wiesz, to udaj się do doradcy zawodowego lub coacha i poszukaj swojej drogi. Buduj przy tym swoją markę. Jest to długoterminowa inwestycja, która przynosi spektakularne efekty. Bądź w tym konsekwentna, a na pewno zobaczysz efekty.

Po drugie znajdź czas dla siebie. Tylko dla siebie. Taki czas, kiedy będziesz robiła to, co sprawia Tobie przyjemność. Wiem, ze pomyślisz sobie, że doba powinna mieć przynajmniej 10h więcej. Ale nawet takie małe momenty pozwalają naładować akumulatory. Niech to będzie książka, spacer czy ulubiona kawa w miłym towarzystwie.
Zadbaj o swoje ciało i ducha. Co z tego, że „pędzisz” w gonitwie do mety, jak po drodze zapomniałaś o tym, aby się zdrowo odżywiać, pić odpowiednią ilość wody, czy stosować dobrej jakości suplementy.
Z drugiej strony pamiętaj, że Twoje ciało, to nie wszystko. Zadbaj o relacje duchową. Budź i zasypiaj się z wdzięcznością za to co już masz, a na pewno otrzymasz więcej.

Po trzecie zacznij liczyć finanse. Tak Ty! Nie Twój mąż/partner. To Ty masz wiedzieć, ile potrzebujesz pieniędzy na to, abyś Ty lub rodzina funkcjonowała. Dlaczego to takie ważne? My kobiety często oddajemy w tym miejscu odpowiedzialność komuś innemu. Wiemy ile kosztują buty czy torebka, która spędza nam sen z powiek, ale nie mamy bladego pojęcia, ile wydajemy w miesiącu na jedzenie. Ile mamy oszczędności i na jaki czas to wystarczy, gdyby spotkało nas jakieś nieszczęście typu choroba, strata pracy czy śmierć naszego męża.

Po czwarte zacznij odkładać pieniądze. Powiesz mi, że Tobie nie wystarcza do ostatniego dnia miesiąca, a ja Tobie mówię o oszczędzaniu. Przy okazji jeśli nie wystarcza do ostatniego, to jest to temat na osobną rozmowę, więc zapraszam.

Ale na co i jak oszczędzać? Są to oszczędności tzw „pod ręką”, czyli odkładasz sobie z góry stałą kwotę (ważne! od razu jak otrzymasz pieniądze, a nie z tego co Ci zostanie) na różne bieżące wydatki. Tylko nie rób tego z intencja „na czarną godzinę” – bo taka się pojawi. To jest przemyślana decyzja, bo wiesz doskonale, że pojawiają się różne zaplanowane lub nie wydatki.

Po piąte już dzisiaj. I nieważne ile masz lat. Czy jesteś 20-latką, czy kobietą w eleganckim wieku, zacznij odkładać na emeryturę. Powiesz, a jak nie dożyję? Hmmm myślę, że problemem będzie, że dożyjesz, a wtedy nie będzie czasu na odkładanie i funduszy z czego. Tych pieniędzy nie możesz wydawać. Najlepiej gdybyś założyła sobie program z oszczędzaniem emerytalnym. Tylko ostrożnie, gdyż na rynku jest wiele opcji, które oferują super wizje z myślą o emeryturze, a mało jest takich, które mają zapisane w umowie gwarancje, że ten wynik finansowy „dowiozą” do klienta. Tutaj udaj się do bardzo zaufanego doradcy, który przygotuje Tobie strategię emerytalną. Czyli dobierze kwotę, czas na który taki produkt się zawiera oraz dodatkowe gwarancje przy takim produkcie.

Po szóste zadbaj o swój spokój na przyszłość. Spisz testament. Powiesz, ale ja się nigdzie nie wybieram. Nie planuję umierać. Niestety nikt takiej sytuacji nie planuje, a one przychodzą do nas w najmniej oczekiwanym momencie. Może nie masz dużego majątku. I tutaj zdziwię Ciebie, gdyż mając nawet wg Twojej opinii mały majątek warto, żebyś Ty i mąż zdecydowali co ma się zdarzyć na wypadek gdyby Was zabrakło. Sprawa jest ważna szczególnie, gdy masz niepełnoletnie dzieci czy prowadzisz firmę. Już nie wspomnę, gdy żyjesz w związku partnerskim lub są dzieci z poprzednich związków.

Tutaj również ważnym elementem jest przygotowanie „skrojonej” pod Twoje potrzeby polisy ubezpieczeniowej, która będzie dla Ciebie poduszką ochronną, gdybyś poważnie zachorowała. Pomyśl o tym póki jesteś zdrowa.

Po siódme pamiętaj, że krzesło stoi stabilnie na czterech nogach. Co to znaczy? Jeśli dzisiaj pracujesz na etacie, to pomyśl czy dysponujesz wolnym czas, w którym można poszukać dodatkowych możliwości finansowych. Dzisiaj jest wiele opcji, które dają takie możliwości. Jeśli prowadzisz firmę zastanów się, jakie produkty warto wprowadzić, aby generowały dodatkowe obroty. Oczywiście to muszą być przemyślane decyzje, ale w dzisiejszych czasach jest wiele możliwości z których warto korzystać. Nie opieraj swojej przyszłości finansowej tylko na jednym elemencie dopływu pieniędzy.

Moja Droga, tak jak na samym początku wspomniałam warto postawić na odpowiedniego „konia”. A najlepiej na kilka, aby zmniejszyć ryzyko braku wygranej.
Nie ma tutaj takiego z napisem „mąż”, „spadek”, „wygrana w toto-lotka”.
Jest za to przemyślana kwestia drobnych spraw, które my kobiety bagatelizujemy.

Nie jestem ekspertem w sprawie przygotowania dobrego planu odżywiania czy doboru odpowiednich suplementów.
Nie ułożę Tobie też odpowiednich ćwiczeń wzmacniających ciało.
Za to pomogę Tobie ułożyć Twoje finanse oraz zabezpieczyć Ciebie pod względem przygotowania strategii emerytalnej czy dobrego ubezpieczenia.
Jeśli masz pytania w tym zakresie, to służę pomocą.

A według Ciebie, na jakiego jeszcze „konia” warto postawić w strategii życiowej?

Monika Zmudziejewska

Konsultant ds planowania finansowego
✔️ Przygotuję Twoją strategię ubezpieczeniową oraz emerytalną
✔️ Przeprowadzę audyt Twoich polis ubezpieczeniowych
✔️ Przeprowadzę przez proces sukcesji w Twojej firmie

FANPAGE: https://www.facebook.com/Ubezpieczenia-Finanse-Prywatna-Emerytura-267362100358492

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. więcej informacji

Ustawienia plików cookie na tej stronie są ustawione na „zezwalanie na pliki cookie”, aby zapewnić Ci najlepsze możliwości przeglądania. Jeśli nadal korzystasz z tej strony bez zmiany ustawień dotyczących plików cookie lub klikniesz przycisk „Akceptuj” poniżej, wyrażasz na to zgodę.

Zamknij